3. Wyjazd do Maroka

Wspomnienia z wyjazdu do Maroka

SMAKI ŚWIATA! MAROKO
 
O tym wyjeździe marzyłam od dawna. Nie składało się aż w końcu wiosną tego roku wypaliło. Wiedziałam, że kuchnia marokańska jest aromatyczna, pełna przypraw i mimo niewielkiej odległości od Europy całkiem egzotyczna. Naszym zadaniem było zgłębienie egzotyki na maksa, czyli spanie pod chmurką i gotowanie na ognisku. Taka była nasza idea. Jak najbliżej natury. Nie wiedziałam, że wielu marokańczyków mieszkających jak my w wielkich miastach, uwielbia wypady na pustynię, lub plażę z własnym paleniskiem, czajniczkiem do herbaty i specjalnym garnkiem super, super uroczym, i malowniczym tadżinem.
Wpisaliśmy się więc idealnie w krajobraz i obyczaje.
 
Ale od początku!!!
Na lotnisku powitała nas urocza przewodniczka, Martyna Łukasaiak zakochana w Maroku od lat.
Naszym towarzyszem był także pies Martyny, przygarnięty z ulicy Bruno. Jego obecność budziła delikatnie mówiąc zdziwienie wśród rodowitych marokañczyków i gwarantowała, dużą odległość do następnego obozowiska.
Marokańczycy jak wszyscy muzułmanie nie darzą psów sympatią, bo jak głosi legenda jakiś pies miał nieszczęście ugryźć proroka Mahometa. No i od tamtego czasu psy stały się nieczyste i delkatnie mówiąc niegodne uwagi. Snują się więc głodne,chore, ratując swoje życie jak się da. To najsmutniejszy widok w Maroku, niestety wszechobecny. Nasz pies cieszył się wszelkimi możliwymi przywilejami,  nieskończoną miłością właścicielki i przyjezdnych ciotek.
 
Do rzeczy. Prosto z samolotu wylądowałyśmy na typowym marokañskim śniadaniu.
Chleb pieczony na kamieniach, oliwa, pasta z mielonych migdałów z miodem, masło i wspaniała marokańska herbata.
Bardzo słodko i bardzo tłusto. Parzenie i picie herbaty to oddzielny rytuał, powtarzany przy każdej możliwej okazji. Smak dla mnie boski.
Podstawą jest wrzątek najlepiej z ogniska, zielona herbata, marokańska mięta i pozostałe zioła wg tradycji i uznania. Mnie najbardziej przypadł do gustu dodatek świeżego piołun. Z tej mieszanki powstaje aromatyczny, gorący, gorzko -cierpki napój, który oczywiście trzeba mocno osłodzić.
Kostka cukru w Maroku jest wielokości 20 naszych razem wziętych. 
Specjalna taca, czajniczek, malutkie szklaneczki, jak dla lalki, i zielone ziola w oddzielnym dzbanuszku, to malowniczy widok i nieodłączna część tradycji, ale to nie koniec. Gotową, zaparzoną herbatę kilkakrotnie należy przelać z dużej wysokości, celując w małą szklaneczkę, tak aby płyn mocno się spienił. I tak kilka razy. Dopiero teraz można zacząć pić.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Życie w Maroku jest niespiesznie, pełne smakowania chwili i tego co ona przynosi. Herbatę parzy się więc także nieśpisznie i pije z namaszczeniem.
Jedziemy na nas pierwszy biwak nad oceanem i tym razem jeszcze nie będziemy gotować. 
Na miejscowym targu można kupić gotowe dania na wynos. Zupy, warzywa w sosie, sos z soczewicy, lub białej fasolki, wszystko to wlewane do plastikowego woreczka i już. Wygląda dość dziwnie, wyobraźnia podpowiada mi, co się stanie gdy taki woreczek, pełen aromatycznego sosu spotka się z czymś ostrym. W naszym wypadku nie spotkał się. Zjadłyśmy wszystko!!!!!!
W czasie kilku następnych dni gotowaliśmy już sami. Gotowaliśmy - bo towarzyszył nam róawnież kierowca. Niezrównany specjalista od piętrowego pakowania samochodu, rozbijania namiotów i przygotowywania paleniska.
 
Idziemy na targ i oczywiście jak to na całym wschodzie,
zachodzie i wszędzie na świecie można tu kupić wszystko!
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Zaczynamy od tadżinu
Wybieramy w miarę duży z metalową obręczą, żeby nie pękł. Czas na warzywa - po horyzont, przyprawy - całe kopce, zielenina - zza ktôrej nie widać sprzedawcy i wreszcie oliwki i kiszone różności, w naszym przypadku tradycyjne kiszone cytryny.
 
Gotowanie w tadżinie to wyzwanie! 
Najpierw myjemy i skrobiemy warzywa - w morzu, żeby oszczędzić wodę. Następnie układamy w tadzinie, przesypując przyprawami, solą i świeżymi ziołami.
Trochę oliwy, ja podlałam ździebko wody, zamykamy pokrywką i na specjalne palenisko. Będzie gotowe za ok. dwie godziny. Do tego sałatka z pomidorów z dużą ilością zieleniny, wspomniany już tradycyjny chleb SMACZNEGO! Dzika przyroda, przestrzeń i świeży ugotowany na żywym ogniu posiłek. BOSKO. Potem spacer w typowych saharyjskich zawojach. Trochę mało wygodnie. Moje marokańskie zadziwienie to: bôb. Jedzony w każdej postaci. Młodziutki zielony i suszony, w postaci zup. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Przepis na zupę z bobu, trochę przeze mnie zmodyfikowany.
 
 
 
Produkty: Świeży bób ugotowany, najlepiej na parze 
Surowy por, porządnie umyty pokrojony w półkrążki.
Papryka w kostkę
Masło ghee
Zielony koperek
Kumin
Wédzona papryka
Sól, pieprz do smaku, trochę soku z cytryny
 
Przygotowanie:
Na ghee podsmaż pora i paprykę
Kiedy będą już miękkie dodaj ugotowany bób, dolej gorącej wody, paprykę wędzoną, kumin, sól i pieprz do smaku, wszystko razem zmiksuj na aksamitną masę.
Na końcu dodaj sok z cytryny - do smaku, posyp koperkiem
 
Ta potrawa jest z cyklu NIE WYGLĄDA A SMAKUJE. Sycąca, odżywcza i pyszna, no i w Polsce nowość.  Zdjęcia nie będzie bo naprawdę nie wygląda.
 
Za to mamy zdjęcie kuskusu, który kobiety Marokańskie tradycyjnie gotują w piątek.
Wg. relacji Martyny to długi i skomplikowany proces, nasiąkania kaszy wywarem z warzyw, a także z mięsa itd... Szczerze, nie zapamiętałam nic poza tym, że długo. Zamówiłam w restauracji, bez rewelacji. 
Słodycze - okropnie słodkie, i podejrzanie kolorowe. Nie próbowałam.
 
 
 
Za to na zdjęciu tradycyjny deser owocowy- pomarańcza schłodzona z posypką, do tego aromatyczne espresso. Całkiem nie ajurwedyjsko, ale bosko.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Pożegnałyśmy Maroko obładowane dodatkami do herbaty, czajniczkami, tadżinami i wspomnieniami.
Ciekawe gdzie poniesie nas następnym razem?